
W programie Festiwalu Lato filmów odbywającego się tym razem w Warszawie (po kazimierzowskich i toruńskich peregrynacjach) znalazł się przegląd niezależnego kina kubańskiego. Kinematografia ta jest w Polsce kompletnie nieznana (za wyjątkiem animacji dla dorosłych zatytułowanej "Wampiry w Hawanie"), zdominowana przez czynnik ideologiczny, niechybnie skorelowana z oficjalną komunistyczną doktryną panującą na tej karaibskiej wyspie. Produkcje pokazane podczas tegorocznej edycji tej imprezy, to "undergroundowe", drugoobiegowe samizdaty, zrealizowane nakładem niewielkich środków finansowych, często wyłącznie przy udziale życzliwych przyjaciół twórców tych obrazów.
W ramach sekcji "Opowiedz mi o Kubie" zaprezentowano eksperymentalne obrazy z lat 60-tych, objęte na Kubie cenzurą. Dokument "PM" nie spodobał się castrowskim władzom, gdyż przedstawiał, jak to stwierdzono "tylko częściowy obraz nocnego życia w Hawanie, który czyni niezupełnym, zniekształca i osłabia zachowanie narodu kubańskiego wobec zdradliwych ataków kontrrewolucjonistów na polecenie imperialistycznych jankesów". Kolaudacyjne uzasadnienie jednoznacznie negatywnej recenzji tego utworu wskazuje na proces delegitymizacji kubańskiej rewolucji, która pierwotnie była spontanicznym wolnościowym zrywem zyskującym społeczną aprobatę, później natomiast przerodziła się w skostniałą dyktaturę na wzór sowiecki.
Chałupniczo wykonany film dokumentalny pod objaśniającym wszystko tytułem "Strefa ciszy" składa się z wypowiedzi kubańskich artystów, którzy sfotografowani w swych niemiłosiernie zagraconych mieszkaniach, decydują się na opisanie swoich refleksji dotyczących cenzury. Zakaz swobodnej artystycznej wypowiedzi widzą oni jednak w szerszym kontekście nie ograniczając się jedynie do reglamentacji wolności słowa, jaka ma miejsce na Kubie pod rządami Castro. Całość została dosyć zgrabnie zmontowana z fragmentami pochodzących z wyspy filmów, przez co suche, "przegadane" wyznanie zyskuje ironiczny wydźwięk. Ponadto przebitki na wizualizacje instalacji, obrazów, rzeźb, których autorami są niepokorni kubańscy artyści, a które miejscami ocierają się o obsceniczną pornografię, dodatkowo wzmacniają nonkonformistyczną wymowę dzieła. Sztuka musi opierać się na kontestacji, transgresji...o ile w latach 60-tych w dobie rewolucyjnego impetu, kwestionowanie tego, co zastane spotykało się z życzliwą reakcją władz, to aktualnie rządzący reżim postrzega sztukę wyłącznie w kategoriach narzędzia petryfikującego system.
O życiu na Kubie opowiada generacja młodych 20-30-letnich Kubańczyków w utrzymanym w graficiarsko-hiphopowej estetyce filmie "O pokoleniu". Stagnacja, marazm, brak wyboru, alternatyw...to uczucia towarzyszące kubańskiej młodzieży. Czasami marzenia zredukowane zostały do prozaicznych wyobrażeń o europejskiej, pochmurno-deszczowej pogodzie jako kontrastu wobec karaibskiej spiekoty i żaru. "Kawa z mlekiem" to film o twórczości Nicolasa Landriana Guillena - jednego z najoryginalniejszych reżyserów-eksperymentalistów na Kubie, wielokrotnie zamykanego w zakładzie chorych psychicznie i poddawanego tam elektrowstrząsom. Oglądamy fragmenty jego dzieł, w tym m.in. głośnego "Coffea Arabiga", który miał być propagandowym obrazkiem o kawie, ale reżyser wykorzystał okazję daną mu przez Kubański Instytut Filmowy, bo stworzyć ironiczny utwór wykorzystujący piosenkę Beatlesów.
Znacznie bardziej znaną postać opisuje dokument "Friki precz". Jest to portret kubańskiego poety Reinaldo Arenasa, którego biografię nakręcił kilka lat temu Julian Schnabel ("Before night falls" z udziałem Javiera Bardema). Tym razem swoje życie opisuje zza kadru sam Arenas, postać nietuzinkowa jak na kubańskie warunki...zdeklarowany homoseksualista, który na początku lat 80-tych, przy okazji zaaranżowanego przez reżim exodusu, (...który chciał się pozbyć najbardziej niepożądanego "elementu") wyjechał z wyspy, by osiedlić się w Nowym Jorku. Jego życie zakończyło się tragicznie - stał się ofiarą "epidemii" AIDS ery lat 80-tych i popełnił samobójstwo, chcąc wyprzedzić chorobę. Arenas to postać ostentacyjnie bezkompromisowa, odrzucająca kulturowe schematy, które w wykrzywionej, skorelowanej z latynoską odmianą realnego socjalizmu, kształtują społeczno-polityczny reżim wyspy.
Sekcja "Opowiedz mi o Kubie" nie była jedynym monograficznym ujęciem marksistowskiej dyktatury obecnym na tymże festiwalu. Znacznie ciekawiej prezentowała się panorama filmów opisujących gehennę życia w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej. Z racji późnej pory ominął mnie jedyny pokaz północnokoreańskiego propagandowego produkcyjniaka pod tytułem "Pamiętnik uczennicy" co powinno stanowić dla kinomana uwielbiającego penetrować różne nieznane obszary 10 Muzy nie lada gratkę. Na program przeglądu oprócz wyżej wymienionego tytułu złożyły się przeważnie filmy dokumentalne. "Mecz życia" to utwór, który już samym tematem może zaskakiwać widzów przywykłych do niezwykle posępnych i defetystycznych obrazów życia w tym neostalinowskim getcie. To paradoksalnie niezwykle ciepła opowieść o reprezentacji Północnej Korei w piłce nożnej, która na Mundialu w 1966 r. doszła do ćwierćfinałów i wyeliminowała po drodze Włochy, by odpaść w fazie pucharowej po dosyć niefortunnym meczu z Portugalią. Film ów jest opisem najbardziej spektakularnego sukcesu północnokoreańskich sportowców w historii, skrzętnie wykorzystywanym przez propagandę, ale też będącym zdarzeniem, które pozwoliło na zaskarbienie sobie autentycznej sympatii wśród brytyjskich kibiców.
Znacznie bardziej konwencjonalnym dokumentem był "Pociąg do Seulu", który dotyczył sytuacji północnokoreańskich uchodźców w Chinach. W kontekście zbliżającej się nieubłaganie olimpiady w Pekinie jest to na pewno niezwykle ważne memento - dowód łamania praw człowieka przez "Państwo Środka" nie tylko wobec własnych obywateli, ale również w stosunku do uchodźców z ościennego kraju nękanego przez klęskę głodu.
Największą rewelacją "Lata filmów" była dla mnie retrospektywa mało znanego (przyznam się "bez bicia", że wręcz kompletnie mi nieznanego wcześniej) rumuńskiego filmowca Luciana Pintilie, będąca także w jakiejś mierze próbą zdyskontowania popularności tej kinematografii w ostatnim czasie (głównie za sprawą ubiegłorocznego sukcesu "4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni"). Mogę tylko żałować, że nie obejrzałem wszystkich obrazów tego reżysera pokazywanych w trakcie imprezy, bowiem zetknięcie się z tym kinem okazało się być źródłem niesłychanie rzadkiej iluminacji. Warszawski pokaz jego najbardziej znanego obrazu pod tytułem "Dąb" został opromieniony obecnością samej Mai Morgenstern - wybitnej rumuńskiej aktorki (szerokiej publiczności znanej przede wszystkim z "Pasji" Mela Gibsona), odtwórczyni głównej roli w filmie Pintilie. Bukareszt - rok 1988, schyłkowy okres dyktatury Caucescu, która za rok runie w wyniku krwawej rewolucji. Młoda nauczycielka Nela czuwa przy umierającym ojcu, byłym komunistycznym notablu. Zgodnie z wolą znienawidzonego ojca, jego ciało ma zostać przekazane do badań naukowych w dziedzinie medycyny. Osobliwego daru nikt jednak nie chce z racji tego, że uniwersyteckie chłodnie nie działają. Nela wyjeżdża do pracy do jednego z prowincjonalnych miasteczek, gdzie poznaje Mitikę - lekarza pracującego w miejscowym szpitalu. Oglądamy świat konający w paroksyzmach. Rozkład, degrengolada, atrofia więzi międzyludzkich. Interpersonalna komunikacja zostaje zastąpiona opryskliwym atakowaniem interlokutora, którego nazywa się najczęściej przy użyciu epitetów typu "dziwka", "suka" . Triumfuje egoizm, roszczeniowa postawa wobec drugiego człowieka podyktowana darwinistycznym niemalże biologizmem. Całość ubrana jest w decorum przypominające futurystyczne dystopie. Pintilie w następujący sposób zdefiniował klimat swojego dzieła czerpiącego z bałkańskiej estetyki Emira Kusturicy, ale wzbogaconego fatalistyczną perspektywą: "Zrozumiałem, jaki jest wymiar groteski w społeczeństwie rumuńskim, znak wyjątkowej potworności - katastrofalność i karnawałowość. Świat całkowicie nieprzewidywalny, którego nie da się kontrolować, w którym wszystko było możliwe (a czymże jest dzisiejsza Rumunia, jeśli nie tym samym "światem wywróconym do góry nogami, parodią normalności ?)".
Akcja filmu "Ostatni przystanek - Raj" toczy się w 1992 r., a więc już po zmianie systemu. Mimo przekształceniu ustroju tak naprawdę jednak nic się zmieniło. Demokratyczno-wolnorynkowy reżim to zaledwie politura. Pewnego upalnego lata młoda kelnerka Norica poznaje Mitu - skrytego, powściągliwego mężczyznę, parającego się małochlubnym zajęciem hodowli świń (jak sam zresztą konstatuje, ludzie i świnie to jedyne stworzenia, które zaraz po narodzeniu otwierają oczy...kieruje zatem nimi ta sama diabelska ciekawość). Właścicielem lokalu , w którym pracuje Norica (gwoli ścisłości jest to obskurna buda) jest jej narzeczony "Papa" Gili - odstręczający ,obleśny typ. Małżeństwo z nim to rodzaj merkantylnego układu - ona dostarcza mu seksualnych uciech, on jej gwarantuje jako taką stabilizację ekonomiczną. Mitu - powodowany nieokiełznanym, dzikim uczuciem do dziewczyny dopuszcza się z zazdrości coraz bardziej destrukcyjnych działań, włącznie z kradzieżą czołgu niezbędnego po to aby "roznieść" bar swojego rywala. Obraz ten przypomina mi z jednej strony "Głową w mur" : z uwagi na przybraną konwencję "czarnej love story"...opowieści o niespełnialnym uczuciu przegrywającym z życiowymi kompromisami, z drugiej natomiast strony wyczuwam pewne pokrewieństwo z "Euforią" Iwana Wyrypajewa (choć w tym wypadku to raczej obraz rumuńskiego twórcy mógł posłużyć za inspirację dla rosysjskiego dramaturga, powstał bowiem w 1998 r.). Majestatyczna przyroda, rozciągające się po horyzont przeniczne pola są niemym świadkiem uczucia wyzwalającego ageresję i prowadzącego do tragicznego finału. Lucian Pintilie o swoim filmie: "Zło wprowadziło się do mojego nieszczęsnego kraju. Zdaje się, że ma zamiar tam zostać. Przestałem je komentować i przeganiać. Patrzę na nie z zimnym wstrętem i przerażeniem...Czy ktokolwiek może dyskutować i wchodzić ze Złem w kompromis nie naruszając przy tym swojej moralnej struktury. Mitu Cafanu jest pierwszym moim bohaterem, który nie godzi się na żadne ustępstwa w obliczu codziennych, zbanalizowanych przejawów Apokalipsy; nie godzi się na dialog ze Złem i tworzy siebie z bezkompromisowością , od której odwrót może oznaczać tylko śmierć...Gdy mówię o Mitu, mówię o sobie. W miarę jak się starzejemy, nasze filmy stają się coraz bardziej autobiograficzne".
"Popołudnie z katem" w porównaniu z obrazami opisanymi powyżej jest utworem skromniejszym, kameralnym , zrealizowanym przy użyciu zasady "jedności miejsca, czasu i akcji". Były więzień polityczny towarzyszy młodej dziennikarce podczas wywiadu z Frantem Tandarą - oprawcą w komunistycznym katowniach. To postać żałosna, komiczna, ale przy całym swoim prymitywizmie przerażająca zarazem. Stanowi doskonałą ilustrację tezy o banalności zła. Ekshibicjonistyczną wypowiedź należy traktować nie tylko w kategoriach autonomicznej ekspiacji. Znacznie bardziej istotny jest kontekst tego wydarzenia - reakcja otoczenia, dla której skrucha zasługuje na pogardę i stanowi akt zdrady. To film o rumuńskiej niemożności rozliczenia przeszłości.
Krótkometrażowka "Tertium non datur"...póki co ostatnie dokonanie Luciana Pintilie, zadziwia przede wszystkim ogromną dyscypliną formalną, dbałością o kadr, który został tutaj skomponowany z iście architektoniczną precy zją. Mimo tego zabiegu nie traci nic z malarskiej poezji. Wiosna, rok 1944 r. Rumuńską jednostkę wojskową zaskakuje wizyta przedstawicieli bratniej armii hitlerowskiej w stosunku do których bohaterowie odnoszą się z lizusowskim serwiwilizmem odgrywając przy tym jednocześnie kabotyński spektakl rzekomej godności i honoru. Nieoczekiwanie rozmowa skierowana zostaje na obszary filatelistyczne. Pintilie spuentował swój obraz następującymi słowami: "Tragikomiczna parabola wtapiania się najbiedniejszych z biednych, dręczonych kompleksami, w fikcję, którą prowizorycznie nazywamy Europą".
"Lato filmów" to także szeroka retrospektywa francuskiej Nowej Fali. Oprócz awangardowych obrazów Alaina Robbe Grilleta takich jak "Eden i później" (rozbuchany erotyzm, psychodeliczna atmosfera seksualno-narkotycznego upojenia; obraz na wskroś kontrkulturowy opisujący perypetie zblazowanej studenckiej młodzieży w czasie rewolucji obyczajowej) bądź "Nieśmiertelna" (eksperymenty z chronologią zdarzeń, percepcją zdarzeń) można było obejrzeć obrazy formalnie bardziej konwencjonalne. Eric Rohmer pozostaje jednym z moich ulubionych twórców filmowych. Jest także patronem mojego bloga. Słowa, które posłużyły mi jako tytuł moich filmowych refleksji pochodzą właśnie od niego. Bawi, ale i intryguje mnie ten stuczny język jakim porozumiewają się bohaterowie utworów francuskiego filmowca. Napuszone dialogi, pełne egzaltacji, emocjonalnego ekshibicjonizmu być może wyłącznie z perspektywy powściągliwego Polaka wydają się być nieautentyczne. Być może tak rozmawiają sentymentalni Francuzi, którzy nie mają problemów z mówieniem o swoich uczuciach i pragnieniach. Tak jak główny protagonista "Kolany Klary" - antypatyczny wręcz lowelas-intelektualista wciągnięty przez swoją przyjaciółkę w miłosną intrygę mającą na celu uwiedzenie zakochanej w nim bezgranicznie dzierlatki. Nieoczekiwanie jednak optyka się odwróci - nasz bohater dozna uczucia czystego, wyabstrahowanego z kontekstu pragnienia (krystalicznej woli), dla którego punktem odniesienia będzie tytułowa część ciała. Z kolei "Moja noc u Maud" to opowieść o tym w jaki sposób kierowani jakimś determinizmem podążamy za wyobrażonym fantomem, tracąc przy tym być może coś cenniejszego.
Film Jean-Luc Godarda "Żyć własnym życiem" (przewrotny tytuł) jest ubraną w wycezylowaną formę przypowieścią o niemożności samotniczego spełnienia, zerwania kajdan łączących nas ze społeczeństwem. Młoda kobieta (pięknooka Anna Karina) porzuca swojego partnera i rozpoczyna pracę prostytutki. Obserwujemy stopniową degradację "konsensualnych stosunków" łączących ją z sutenerem w kierunku niemalże prawnorzeczowego uprzedmiotowienia. Najciekawszą sceną jest ironicznie potraktowany przez reżysera "wykład" z zakresu "regulaminu pracy prostytutki". Immanentna gatunkowi ludzkiemu tendencja do regulowania wszelkiego przejawu życia przybiera tutaj aberracyjne rozmiary.
Wreszcie sam program główny, w którym akcentowana jest rola scenariusza w tworzeniu dzieła filmowego. Nagrodzony Grand Prix bułgarski kryminał "Śledztwo", to utrzymany w stylistyce Dostojewskiego mroczny moralitet o ciemnej stronie ludzkiej natury. Film osobliwy, przełamujący schematy gatunkowe, bo od samego początku osoba zabójcy jest nam znana. Z kolei niemiecki obraz "Obcy we mnie" znanej w Polsce z wcześniejszej "Podróży Molly" Emily Atef jest bodaj pierwszym filmem podejmującym tematykę depresji poporodowej. Tak samo zatem jak w przypadku festiwalowego triumfatora, reżyserka eksploruje tutaj zagadnienie atawistycznych instynktów formujących naturę człowieka. Tytuł jest jak sądzę nieprzypadkowa i odnosi się do pamiętnej kwadralogii o "Obcym", który wedle niektórych interpretacji był projekcją kobiecego strachu przed ciążą.




sobota, 20 marca 2010
Licznik odwiedzin: 13948
| « lipiec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: