
Tak jak sygnalizowałem wcześniej przy okazji recenzowania "Angielskiej roboty", cały sierpień, jak i znaczną część upływającego w entourage'u zbyt późnej "złotej polskiej jesieni" spędziłem na gorączkowych przygotowaniach do egzaminu na aplikację radcowską, który ostatecznie zwieńczony został sukcesem. Tym samym okres ten był czasem zastoju w eksploracji innej mojej pasji jaką jest kino, czego odzwierciedleniem była mizeria ilościowa czynionych przeze mnie na blogu wpisów. Plakat opublikowałem w sierpniu, na recenzję czas przyszedł dopiero teraz.
Nie omieszkałem oczywiście wybrać się na przedpremierowy (w moim przekonaniu bardzo przypadkowy...wszak do premiery jeszcze szmat czasu) pokaz najnowszego obrazu braci Dardenne pod tytułem "Milczenie Lorny". Tytuł ów był jednym z głównych pretendentów do Złotej Palmy na ostatnim festiwalu w Cannes. Skończyło się na laurach za scenariusz. Autorzy "Milczenia..." nie powinni jednak być niezadowoleni - są zdobywcami już dwóch grand prix (za "Rosettę" i "Dziecko") tej szacownej imprezy należąc tym samym, wespół z Emirem Kusrturicą i Bille Augustem do wąskiej elity. Belgijscy filmowcy przyzwyczaili już nas do paradokumentalnej faktury swoich utworów, w których w fizykalny, namacalny sposób stykamy się z prozą życia podszytą w delikatny, ledwie zauważalny sposób ewanagelicznym, chrześcijańskim przesłaniem. Kameralme, nienapuszone obrazy wyzbyte są kościelnych dzwonów i strzelistych wież rzymskokatolickich świątyń. To subtelne misteria wiary, winy, pokuty i przebaczenia przeżywane na poziomie mikro. Moralna nobilitacja oparta na kanonie chrześcijańskim ma wymiar stricte indywidualny - o tym co dzieje się w duszy protagonistów dramatów braci Dardenne, poza bezpośrednio zainteresowanymi, wiemy tylko my-widzowie i filmowcy.
Nie inaczej jest w "Milczeniu Lorny". Tytułowa bohaterka, z pochodzenia Albanka chce zostać Belgijką. Uzyskanie obywatelstwa jednego z krajów UE stworzy jej nowe perspektywy, umożliwi realizację życiowych marzeń. Pomaga jest w tym, oczywiście nie bezinteresownie, brukselska mafia. Miłośników kina gangsterskiego od razu przestrzegam, iż użyte przeze mnie sformułowanie jest mocno na wyrost. Jeden z bohaterów obrazu to pospolity, trywialny rzezimieszek załatwiający swoje relatywnie małe interesy aranżując małżeństwa kobiet dysponujących belgijskim obywatelstwem z cudzoziemcami spoza obszaru UE. Aby Lorna sama była w stanie spełniać rolę "dawcy przynależności politycznej" wstępuje pod auspicjami gangsterów w związek małżeński ze z umierającym narkomanem. W momencie, w którym Claudy zakończy swój żywot, Lorna będzie mogła dalej kontynuować swój proceder. Gdy poznajemy tytułową bohaterkę dramatu Belgów, jest ona antypatyczną, cyniczną egoistką. Punktem kulminacyjnym jest śmierć Claudiego wywołana przez jej "chlebodawców". Próbowała go uratować chcąc doprowadzić do rozwodu, ale dopiero ten moment wywołuje u niej swoistego rodzaju wewnętrzną implozję. Zdążyła, wbrem pierwotnym intencjom, zbliżyć się do fikcyjnego męża z którym dzieliła uprzednio pokój w mieszkaniu. Jest w tym filmie scena znacząca - Claudy odjeżdża na rowerze, Lorna zaś żegna go jedyny raz uśmiechem. Po chwili montażowe cięcie - widzimy młodą Albankę pakującą rzeczy zmarłego "partnera". Czy gdyby nie te niecodzienne okoliczności, mogliby być razem? Z drugiej jednak strony, paradoksalnie ten prawnie dwuznaczny deal doprowadził do tego, że się w ogóle spotkali.
Aktem ekspiacji jest urojona ciąża - dziecko Claudiego. Konwersja winy wynikłej ze zdrady drugiego człowieka na nienarodzonego. Aksjologiczne przebudzenie z komy, w której była pogrążona wywołuje psychiczny wstrząs. Tadeusz Sobolewski napisał na łamach "Gazety Wyborczej": "Lorna wie, że nie wolno jej się przywiązać, ale te negatywne gesty tworzą prawdziwą więź między nią, która zdradziła, a ofiarą. Uświadomienie sobie tej więzi przyjdzie później, gdy niczego już nie będzie można odwrócić. Poczucie winy będzie tak silne, że przybierze kształt szaleństwa. Tylko my, patrzący z bliska, wiemy, że to nie jest szaleństwo. Przeciwnie: Lorna staje się człowiekiem. W ostatnich minutach filmu, bez żadnego dodanego znaku, który by łamał prawdopodobieństwo akcji, odkrywamy, że ta kryminalna historia miała kształt chrześcijańskiego misterium, ze wszystkimi jego stacjami: winy, wiary, jej utraty, odkupienia przez miłość, z dramatem Jezusa i Judasza. Ale najpiękniejsze jest, że to poczucie rodzi się w sposób naturalny. Nie trzeba do niego żadnej aluzji do Boga i religii. Wystarczy człowiek".